|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Poznaję Ciebie
Skrzynka pocztowa
Tu, teraz, kiedyś
|
sobota, 21 listopada 2009
![]() Fot.własna "Dramatyczną chwilą zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn, jest moment kiedy kończy się pewien typ spojrzeń. To znak, że już wypada się z gry. Do gry jednak można nagle wrócić, choćby takim ułożeniem słów, by nagle intrygująco zapachniały" - Tomasz Jastrun Szukamy się. Mówimy do siebie billboardami, marzenia hartując ostrożnością. Niekończąca się gra wstępna. Dzieciaku - słyszę - Światowy Dzień Gry Wstępnej minął 9 listopada. Smutek lubi przytulać się do żeber. Nocą, pomiędzy brzegiem łóżka a kolejnym dniem, zdarzasz mi się coraz częściej.
środa, 18 listopada 2009
![]() Fot.własna kto nam błogosławił z połówek składając (czerwień zmieszał z błękitem) kto nas od siebie oddalił biorąc na świadka szukania pełne zeszyty? * tu pierwsze skrzypce zagrała fotografia wykonana przez Holdena
poniedziałek, 16 listopada 2009
![]() Fot.własna Wyobraź sobie taką scenkę: Jest pochmurno, siąpi drobniutki deszcz, zimno. Zatrzymujesz się na leśnym parkingu. Jesteś sam. W dole jezioro Wigry, dookoła gęsty las. Chociaż nie ma jeszcze południa jest dość ciemno.W końcu to listopad. I ta pogoda. Przyjechałeś tu z myślą, by zrobić kilka zdjęć. Od parkingu na pomost, z którego będziesz robił zdjęcia, jest ok.100 metrów. Naciągasz kaptur na głowę. Uzbrojony w aparat idziesz wolno leśną ścieżką po śliskich liściach w kierunku schodów biegnących w dół, aż na sam brzeg jeziora. Mijasz tablicę informacyjną z mapą w kilku językach z napisem "Tu stoisz". Jest cicho, bardzo cicho. Tylko spadające z drzew krople deszczu szepczą wokół ciebie. I nagle stajesz jak wryty. Przed tobą na drzewie coś wisi... -------------------------- A teraz zgadnij, co to jest i dlaczego? I co byś pomyślał, gdybyś to zobaczył mniej więcej tak, jak przestawia to powyższe zdjęcie? We mnie serce zamarło. ![]() Fot.własna Wigierski Park Narodowy uczy, co kryje się za nazwą Bartny Dół. (to tylko moje domysły, co do intencji WPN-u) Nie zabrałabym tam dzieciaków.
niedziela, 15 listopada 2009
Fot.własna Moja milcząca, O. Andre Gide, liznąwszy życia z każdej strony, pisał: "Niech wielkie czekanie będzie w tobie nie pragnieniem nawet, lecz po prostu gotowością przyjęcia. Oczekuj wszystkiego, co się zbliżą ku tobie, ale też pragnij tylko tego, co się zbliża ku tobie" (zerknij w jego "Pokarmy ziemskie", ale pamiętaj, że nie trzeba mu zazdrościć słów, jakie kierował do kobiet - ostrzegam tylko, że Gide to ukrywający się gej- on nie jest zazdrosny o kobiety. Kochał facetów) Czego teraz pragniesz, gdy tak umiejętnie milczysz nad czystą kartką papieru? Czy nadal masz porozkładane książki jak myśli: na parapecie w kuchni, w sypialni, na pralce w łazience? Czy nadal pociąga Cię myślenie cytatami? Bo przecież tak łatwo kiedyś chowałaś się za nimi? Nie mogę pojąć zupełnie jednej rzeczy: Twego stosunku do prawdy, życia. Założę się, że odebrałaś marne lub żadne wykształcenie religijne. Swą wrażliwość obracasz w inną stronę, ale nawet tam można znaleźć mądrość, rację, sens... Chyba, że bardziej się kocha być Seneką niż człowiekiem. Jakie to dziwne! W małych rzeczach widzisz prawdę, w wielkich już nie.W zarzutach, jakie stawiasz widzisz prawdę, ale gdy idzie już o poczucie sprawiedliwości, uczciwości, już nie-dobra taktyka! Pewne złe sądy, trzymają się Ciebie jak sądzę, dzięki jednej skłonności-niewierze. Zetnij pień, polecą gałęzie! Ale nie chcę mówić Ci o sensie, życiu, bo to się mieści w słowie Bóg. Nie chcę Ci mówić o Bogu: szukałabyś dowodów na moje świadectwa o Nim. Mówię, Ci o tym wszystkim dlatego, że tu i tam stanęliśmy tak wysoko, mówiąc o prawdzie, życiu, miłości. Nie dotknąć tu Boga, znaczyłoby, że mamy Go gdzieś indziej: w filozofowaniu o marności życia, złudzie prawdy... Ja nie mam tam Boga. Zostawmy to. Pozwólmy uleżeć się pytaniom, a potem porozmawiajmy: nie jest dobrze biegać między wątpliwościami... A teraz lekkim tonem: byłem znów w Mieście Drugim. Potem przeorałem Białostocczyznę. Wiadomo, jaka to ponura dzielnica Polski: cebulaste cerkwie, mowa białoruska, polne drogi, stepy... Miasto Pierwsze to cywilizacja! (wyobraź sobie, że gdy stamtąd wracałem to odpadło mi lusterko wsteczne w samochodzie! Czyżby to był znak, że nie powinienem się oglądać i tam wracać?) Wiesz, z kim mi się kojarzy to miasto? Nigdy nie zgadniesz. Z A. - Twoją przyjaciółką. Zakochałbym się w niej, gdyby miała w sobie trochę z eine kleine polnishe grymaśnica, ale ona sprzedawała koszyki i nie kokietowała. Pozdrów ją ode mnie i powiedz jej, że czasem jeszcze adoruję w myśli wszystkie drobiazgi jej sex appeal'u. A Ciebie nieustannie hołubię między wierszami, moja droga O. No, uśmiechnij się i napisz wreszcie. Twój M.
sobota, 14 listopada 2009
![]() Fot.własna Tu i ówdzie zakotwicza mnie czas miedzy dębowymi półkami, Larousse i mało znani poeci w cienkich ubrankach popisują się na kiepskim papierze (historia sztuki zerka z wyższością -sztywna i niezłomna) Rzędem, ciasno zadrukowani strażnicy słów od a do zet pilnują reguł Rozbieram się przed nimi wstydliwie przykrywając niemoc niedokładnym makijażem Nerwowo chichocze Pan Tadeusz i jeszcze nie wiem, czego w nim więcej aprobaty czy zakłopotania?
środa, 11 listopada 2009
![]() Fot.własna Na korytarzu Szpitalnego Oddziału Ratunkowego prawie pustki. Mężczyzna, zwinięty z bólu na krześle, z trudem odpowiada na powitanie. Na ścianie kod kolorów obwieszcza: Jeśli bardzo Cię boli, zostaniesz przyjęty natychmiast- tu kod czerwony; jeśli mniej - kolory bledną i tak oczekiwanie na przyjęcie zjeżdża w dół tęczową drabiną: od natychmiast poprzez sześć godzin i dalej, aż do czystej przyjemności przebywania na szpitalnym oddziale pod drzwiami wszechmocnych w kitlach. Mężczyzna błagalnym wzrokiem zaklina drzwi. Wygląda nieciekawie. Odpowiada, że czeka aż ktoś go przyjmie. Zza drzwi z kodami rozbrzmiewa radosny śmiech. Czekanie rozciąga się jak guma. Weszłam do gabinetu - pani pielęgniarka i pan lekarz na monitorze komputera coś przeglądają, przed nimi parują kubki z kawą. Wysyłają mnie na drugi koniec miasta. Mężczyzna zostaje sam na korytarzu zwinięty na krzesełku. - Już tam byłem - wyszeptał - pewnie tu wrócicie. Kody. Cienka czerwona linia miedzy bólem a zrozumieniem. Nie musieliśmy tam wracać. Nie wiem, na jakim kolorze zatrzymało się czekanie tego mężczyzny? Ilekroć tam jestem przypomina mi się pewien stolarz, który nieopatrznie włożył palec we frezarkę. Krwawiąc niemiłosiernie, blady jak kreda, czekał pod tymi samymi drzwiami, co my dzisiaj, na audiencję. Czas uciekał z cichym jękiem. Nie wytrzymałam i weszłam do gabinetu: - Na korytarzu mężczyzna okropnie krwawi! Ma cały rękaw we krwi i wygląda jakby miał za chwilę zemdleć. - Niech trzyma rękę do góry! - usłyszałam od pielęgniarki. Gdy mężczyzna osunął się na podłogę od razu zjawił się lekarz. Życie. Szpital. Kod czerwony.
poniedziałek, 09 listopada 2009
![]() ukrzyżowali cię syneczku gdzieś nad ranem J. gdy bańki na mleko lekko pomrukiwały niepokojem niech będzie pochwalona twoja bezdomność pełna małych cudów z trzeciego piętra w niepewnym jak na dzisiejsze czasy cv *dziękuję Holden serdecznie
sobota, 07 listopada 2009
" Najprawdopodobniej sukces życiowy mam już za sobą. Co za myśl! Taka myśl mogłaby doprowadzić do tego, żeby zacząć pić gin o dziewiątej rano, a ja wcale tego nie chcę.Wolałabym wykonywać swoja pracę, która kocham, dalej. Pytanie brzmi: jak? Wydaje mi się, żeby móc pisać dalej, musiałabym stworzyć jakąś barierę ochronną. Musiałabym znaleźć sposób na bezpieczny dystans pomiędzy mną jako pisarką, a naturalnym niepokojem o reakcje, jakie wywoła to, co piszę [...] Szukałam sposobu, jak pomóc kreatywnym ludziom z nieodłącznym ryzykiem emocjonalnym, jakie niesie kreatywność?..." Elizabeth Gilbert autorka bestselleru "Jedz, módl się, kochaj" Warto poświecić te 19 minut na wysłuchanie autorki (można włączyć polskie napisy) To dobre chwile. O pomysłach przychodzących ze źródła; o poetce spieszącej z pola, by jak najszybszej chwycić wiersz za ogon i go zapisać, nim odejdzie do innej osoby; o Tomie Waitsie i nagłej, nowej melodii spływającej znad autostrady i przerażeniu piosenkarza niemożnością jej zapisania i o tym, jak Tom zatrzymuje samochód, wysiada z niego i rzuca w przestrzeń: " Przepraszam, nie widzisz, że prowadzę?" O tym, czy twórca powinien mieć geniusza czy być nim? Polecam. I dziękuję Integralnemu, bo to dzięki niemu to poznałam. "Tworzenie może być cudownym, dziwacznym dialogiem i kolaboracją miedzy Tomem a tą dziwną zewnętrzną siłą, która nie jest Tomem." Gdy cokolwiek tworzycie (a każdy z nas jest twórcą), nie zapomnijcie poprosić o zaświadczenie. ;) Udanego weekendu.
czwartek, 05 listopada 2009
![]() - Może mnie wreszcie tam zaprowadzisz? Może WszystkoCoPotrzebne, o którym mi opowiadałeś, już tam nie mieszka? - wyszeptała Mała nachylając się nad chłopcem- A może WszystkoCoTrudne opanowało cały strych? Tede przerwał zabawę i z uwagą wpatrywał się w dziewczynkę. Wyglądała na taką odważną, a nie dalej niż wczoraj, kiedy za oknem przerażająco zawodził wiatr, tłumaczyła mu, że będzie im razem cieplej i przekonywała, by położył się obok niej nim zaśnie. Teraz z przerażeniem zerkała na schody porośnięte lepkimi pajęczynami. Tu na dole było jasno, tam w górze - przerażająco ciemno. Tede wiedział, że pewnego dnia będzie musiał pokazać jej strych. Sam niezbyt chętnie wchodził po tych schodach. Te za każdym razem niebezpiecznie trzeszczały, jakby chciały go odwieść od wizyty na poddaszu. - No dobrze, chodźmy. Trzymaj się blisko mnie - powiedział nazbyt głośno, jakby sam siebie próbował przekonać. Nim weszli na pierwszy stopień chłopiec spojrzał na długie schody, które ginęły gdzieś wysoko w ciemności. Chwycił Małą za rękę i rozpoczęli wspinaczkę. - Tede, czy myślisz, że tam wszystko jest tak jak było? - z przestrachem zapytała Mała - Mam nadzieję. Wiesz, strychy są bardzo potrzebne, ale przy tym wymagające. Zaniedbane zaczynają żyć własnych życiem, a wtedy WszystkoCoTrudne, zajmuje coraz więcej przestrzeni i zaczyna grać pierwsze skrzypce. Wtedy WszystkoCoPotrzebne nie ma miejsca. Widziałem jeden jedyny raz, w Dawnym Domu, gdy odeszło WszystkoCoPotrzebne. Spakowało do wielkiej skrzyni: listy przewiązane czerwoną wstążeczką, kosmyk włosów, pierwsze rysunki, zasuszony kwiatek, mały sweterek, misia z naderwanym uchem, samochodzik na resorach, starą książkę z autografem.I gdy tak stało nad otwartym wiekiem, z najciemniejszego kąta tuż za kominem, pojawiło się WszystkoCoTrudne i machnąwszy połą płaszcza dało znać ciemnej postaci stojącej tuż za nim. Gdy WszytkoCoPotrzebne miało już zamknąć na trzy ważne słowa skrzynię, na jej wieku przysiadło Zapomnienie, a przez maleńkie okno w dachu ze świstem wleciał Chaos. Wiesz, ten o zimnych dłoniach. Mała pokiwała głową, mocniej ściskając chłopca za rękę i szli dalej i nie było widać końca schodów.Chłopieć opowiadał dalej, jakby głos miał rozproszyć ciemności - Wtedy WszystkoCopotrzebne zaczęło blednąć i po paru chwilach zniknęło, jakby nigdy nie istniało. Pamiętam, że jeszcze tamtej nocy opuściłem Dawny Dom - dziewczynka spojrzała na niego pytająco- W domach, których rzadzi Zapomnienie nie ma miejsca na ważne słowa. Zawsze musi być równowaga. WszystkoCoPotrzebne i WszystkoCoTrudne, dzień i noc - szeptał Tede, uśmiechem dodając otuchy Małej. Schody przestały skrzypieć i już byli na samych szczycie. Chłopiec wyciągnąl z kieszonki mały srebrny kluczyk i włożył go do zamka ostrożnie przekręcając. - A może wracajmy? - odezwała się płaczliwie Mała - Może tam rządzi WszystkoCoTrudne? Tede pokręcił głową. - Lepiej sprawdzić niż żyć pytaniami. I nie zapominaj, że WszystkoCoPotrzebne liczy na nas. Skoro już tu jesteśmy...- powiedział Tede i pchnął drzwi.Te się otworzyły skrzypiąc i ... nic się nie stało. Wpadające przez małe okno światło księżyca oświetlało starą skrzynię, w której spało WszystkoCoPotrzebne. Za kominem WszytkoCoTrudne lekko posapywało przez sen. Mała szczęśliwa przytuliła się do chłopca. - Równowaga - wyszeptała. Tede wziął ją za rękę i poprowadził na prawo od komina do miejsca, w którym promień księżyca oświetlał wiszącą na ścianie makatkę. Mała przeczytała na niej starannie wyszyte trzy ważne słowa: wiara, nadzieja, miłość. Już wiedziała jak zatrzymać WszystkoCoPotrzebne.
środa, 04 listopada 2009
![]() Dziennikarz i utalentowany, bezdomny muzyk grający na starych, zniszczonych skrzypcach z dwoma strunami. "- Wszystko co chcę, to grać muzykę i to jest problem, który mam właśnie tutaj. Wolę Los Angeles, miasto Beethovena, ponieważ nigdy nie pada w południowej Kalifornii, a nawet jeśli, to muszę tylko iść do tunelu, mogę grać ku zadowoleniu serca. Nathaniel Anthony Ayers - Nathaniel jest... kim? - Nathaniel jest...świetnym tematem, tym jest Nathaniel. Nathaniel jest... tęsknotą." "Poznałem go grającego na wiolonczeli w promieniach wschodzącego słońca, zawieszonego gdzieś pomiędzy genialnym chłopcem, a zagubionym podróżnikiem. Każdej nocy, mój przyjaciel Nathaniel owijał instrument i kładł głowę pośród przestępców i oszustów, pośród upadłych pijaków, rozwalonych na ulicach jak szczury wybiegające jak strzała z kanalizacji, by wyżreć brud." Dziennikarz z Miasta Aniołów odkrywający historię Nathaniela. " - Zauważyłem, że się przeniosłeś. - Tu jest pięknie, bo możesz grać muzykę i zbierać oklaski gołębi, kiedy startują i zaraz tu, niedaleko jest The Los Angeles Times Building. - Chcę napisać o Tobie. Rubryka o tym, jak koleś taki jak ty, radzi sobie na ulicy. Co o tym myślisz? - Mr. Lopez musi zrobić. Nikt nie może powstrzymać Mr. Lopeza od zrobienia, co chce." Mr. Lopez opisuje w Los Angeles Times świat muzyka. " Nigdy nie uczył się grać na skrzypcach. Przerzucił się na nie po tym, jak wylądował na ulicy. Pewnego dnia spytałem go o nadzieje i marzenia: To proste - powiedział - Chciałbym mieć te dwie pozostałe struny." Coraz więcej ludzi poznaje historię bezdomnego, utalentowanego muzyka " Drogi Mr. Lopez, tego ranka przeczytałam Pański artykuł o muzyku z ulicy, bardzo mnie on poruszył. Tę wiolonczelę używałam przez 50 lat, zanim dopadł mnie artretyzm. Proszę ją przekazać panu Ayersowi" I tu zaczyna się fascynująca opowieść. "- Co mu jest? Schizofrenia? - Nie wiem, więc powinniśmy skierować go na badanie psychiatryczne i dowiedzieć się, prawda? Tak, ale nie umawiam ich na wizyty. - Co to znaczy? Jak im pomagasz, jeśli nawet nie wiesz, co im dolega? - Spójrz na tych ludzi. Każdy z nich był częściej badany, niż możesz sobie wyobrazić. I żadnemu z nich nie zrobiło to lepiej. - Ale on potrzebuje leków, prawda? - Powiem Ci o jednej rzeczy, której on nie potrzebuje. Kolejnej osoby mówiącej mu, że potrzebuje leku." Prawdziwa historia, którą ogląda się z zapartym tchem. I wszechobecna muzyka. " Nathaniel Ayers, Jr.- człowiek, którego historię przedstawia film, pojawia się w pierwszym rzędzie na widowni w czasie koncertu - sceny kończącej film" (FilmWeb) Solista, 117 dobrych minut.
poniedziałek, 02 listopada 2009
![]() ![]() Fot.własna "Nie ma drugiego urządzenia odbiorczego o wrażliwości równej zmysłowi węchu, jest on niezwykle precyzyjny, dokładny, a także wyjątkowo pamiętliwy" A.Smith (ze wstępu do "Psychologii węchu i pamięci węchowej") Moim mężczyznom ładniej jest w niebycie. Na staromodnych szezlongach, w dymie z cygar, niebywale doskonali, grają w karty rozkładając je na małym okrągłym stoliku. Hazardziści serc i umysłów wyrywanych nad ranem, spieszący do swoich światów nim ktokolwiek się spostrzeże. Przecieram świat. Mężczyźnie w niemodnych okularach czas zatrzymał się między szufladkami katalogu rzeczowego. - Pomogę pani - brzmi cokolwiek za kategorycznie. - Dziękuję, poradzę sobie - okraszam odmowę uśmiechem. - Jednak pomogę. Czego pani szuka? Nie uwolnię się, gdy nie powiem. Rozkłada swój wielkoformatowy zeszyt, a potem szura mi za plecami i stawia przede mną szufladkę pełną zadrukowanych fiszek. Coraz więcej jest tych pisanych już na komputerze, jednakże dominują te dawniejsze, mozolnie wystukiwane na maszynie.. - O, tutaj w psychopatologii. I jeszcze w psychiatrii. Szur, szur, po szarej wykładzinie. Pamiętam, że gdy tak szurałam, to bóg w białym kitlu nie zgadzał się na przepustkę. Od tamtego czasu starannie unoszę stopy nad ziemią. Pragnienie nauczyło mnie udawanej lekkości kroków. - O, psychologia węchu. A tamtej nie ma? Pamięć zapachów miesza się z pamięcią dźwięków. Lizol, szur szur i mocny piżmowy zapach boga od przepustek. Miał na imię Robert i łazienkę we wściekle czerwonym kolorze. Łącznie z sufitem. Tam wolałabym mieć kabinę prysznicową, nie wannę.
niedziela, 01 listopada 2009
![]() Fot.własna zmęczyliście mnie wszyscy święci od szeptów cichych głośnych zawodzeń już tyle lat niezmiennie przysiadacie miedzy klonami puste ławki omiatacie bezgłośnym wieczne odpocznienie racz dać tym którzy drogi szukając błądzą po omacku i nie ustają
piątek, 30 października 2009
![]() Fot.własna biorę was za świadka mego przemijania nim włosy siwe dłonie zmęczone oczy przygasłe zaczną przemawiać głośniej niż słowa
środa, 28 października 2009
![]() Fot.własna Częściej miewam dłonie cieplejsze niż myśli. Czasem bywa odwrotnie, a ty mi mówisz, że jest w tobie żal za każdym właściwym sądem objawionym nam w swoim czasie. Trzymam się tego, co powiedziałeś: trzeba żyć literaturą, muzyką, zmysłowością kogoś bardziej zmysłowego od nas, wtedy więcej można pojąć, a przynajmniej nie pozbawić się szansy rozumienia. Czasem brakuje mi twoich kłamstw, które padały obok mnie i użyźniane moją uwagą i rozpamiętywaniem rosły w siłę. Może by tak zagaić rozmowę jakimś kłamstwem, które by nas rozgrzało? Nie, bo wiem, że na każdym się poznasz. Przeglądałam biblioteczkę. Nazwiska, nazwiska. Metodologiczne bzdury. Pamiętam jak mówiłeś: Wyobraź sobie torturę przesiadywania osiem godzin dziennie w biurze:tępe rozmowy, monotonia-nic tylko zdecydować się na alkoholizm. A co do wiedzy, to cała ta pedagogika to ględzenie spróchniałych dziadków (pamiętasz tego Dąbrowskiego, tę skamielinę, tego dinozaura?) idiotyczne grzebanie w metodologicznych różnicach. Zauważ, że książki z których korzystaliśmy pisane były na prawdziwych uczelniach. I co? Dodawało im to splendoru? Prawdziwego splendoru? Minęło tyle czasu. I coraz zabawniej brzmi:obyś cudze dzieci uczył. Ludzie nie powinni egzystować we wspomnieniach jak cienie, albo jakieś okropne żywioły pychy, naiwności. Trzeba wyprofilować opinie o nich. Jakie dla ciebie wszystko było proste. To chyba ten listopad, który tuż tuż, niesie wspomnienia. Grzeję przy tobie myśli.
poniedziałek, 26 października 2009
![]() " Jako, że rozmowy prowadzone w sieci mogą wydawać się oddzielone od świata zewnętrznego, jest nam łatwiej rozszczepić nasz świat na ów internetowy romans i na resztę świata. Związek internetowy może spełniać nasze wyuzdane, niespełnione fantazje, które nie przystają do możliwości świata realnego. W efekcie romans w sieci może prowadzić do narcystycznego wycofania. (...) Związek internetowy może ulec idealizacji w procesie rozszczepienia, który prowadzi do negacji "złych" stron zarówno osoby prowadzącej romans, jak i jej internetowego partnera. Być może łatwiej jest wyidealizować kogoś, kogo znamy tylko z sieci [obiekt dobry], jednocześnie bez trudu odrzucając wszelkie możliwe negatywy tego romansu [obiekty złe]. Związek internetowy można w każdej chwili włączyć i wyłączyć, a także w pewnym stopniu - kontrolować jego przebieg. Poza tym internet daje takie warunki, w których łatwiej jest stworzyć korzystniejszy obraz swojej osoby i uniknąć ujawniania swoich wad. Żyjąc zbyt długo w internetowym zauroczeniu, możemy w sobie wyrobić nierealne, zawyżone oczekiwania, które prowadzą do równie głębokich rozczarowań" Monica T.Whitty, Adrian N. Carr "Wszystko o romansie w sieci" Superkochanek z monitora i wyobraźni. Na tyle mój, na ile potrafię wyłączyć myślenie.
niedziela, 25 października 2009
![]() Fot.własna sznuruję dzień niemówieniem urwanym guzikiem zawodnej pamięci na której rozkołysał się czas krzykliwych ptaków (coraz mniej mnie) w kalejdoskopie jesieni łatwiej odchodzić między kolorami
piątek, 23 października 2009
Matylda,Weronika, Bartek, Karolina. Matylda od aniołów daje ogłoszenie do gazety. " Nie szukam księcia na białym koniu. Potrzebuję mężczyzny, który da mi dziecko..." Na ogłoszenie odpowiada Bartek-szef kuchni. "- Pewnie jadasz trzy posiłki dziennie, ostatni przed osiemnastą i nigdy się nie masturbujesz" - Matylda. - Religia tego nie zabrania" - Bartek. - Jedzenia czy masturbacji? - Matylda." Mama Bartka słuchająca głośno muzyki: "gdy słucham cicho, to nie słychać basów". " Jedz synku, jedz. Schabowe dobrze robią na potencję. Twój ojciec jadł schabowe i nigdy nie narzekałam. A raz jak zjadł cztery, to..." Przyjaźń. " Są takie chwile w życiu kobiety, że nie cieszy nawet nowa para butów z przeceny" - Weronka zwierzająca się Matyldzie. " - Jestem uzależniona od facetów! - A ja się zaszczepiłam - odpowiada przyjaciółka. - Ale po co? Przecież to fajna choroba ". Plan wprowadzony w życie. Jazda na rowerze. " Przespałaś się z nim. Straciłaś jakieś 200 kalorii, ale po co z tego robić jakieś wielkie halo? - Weronika Marzenia. " Wiesz, czasem dobrze jest pomarzyć. Rzeczywistość rozczarowuje." - Bartek 91 minut o aniołach z mąki, "czekaniu na Nikogo", rozmowach nocą, jeździe na rowerze i spełnianiu marzeń. Po polsku, weekendowo, z dobrą energią i piosenką Krzysztofa Kiljańskiego, zamykającą film.
środa, 21 października 2009
![]() Fot.własna Moja droga O.. cóż słyszę?! Jakieś romanse, rozwody, anektowanie męskiej wyobraźni, która z czasem powinna rozwijać się poza kobietą. Tymczasem Ty, jak czytam, masz ją u swych stóp jak Anioł głowę węża-kusiciela. Zajmujesz czas mężczyźnie-to brzmi złowrogo, mniej więcej tak: on umiera, ja trzymam odtrutkę; albo: on z rozpaczy nie może umrzeć, a Ty przekonujesz, że nie możesz mu pomóc i on umiera od początku. Ale, powiadasz, w środku nocy, budzi Cię niespokojne sumienie? Moje niespokojne sumienie mówi mi, że mnie zwodzisz, moja droga O. Bo jak można, wybacz prostotę pytania, marzyć o mężczyźnie i zabierać jego marzenia? Jestem mężczyzną - wybacz brak dowodu tej kwalifikacji - i powiadam Ci, że nie musisz marzyć o facecie, który o Tobie marzy, bo on jest Twój. Leży przy Tobie nieruchomy jak pień drzewa, kopniakiem go nie ruszysz-on konserwuje się w miłości do Ciebie! Jeszcze raz zachęcam Cię do wejrzenia w duszę Swanna. Na pewno podstawową przyjemnością, jaką facet może sprawić kobiecie, jest przekonanie jej, że ona mu się podoba. W sprawie miłości, nie mam niestety aż tyle do powiedzenia. To na pewno wielka sprawa, tak jak polityka, literatura, kabała, liturgia, czyli Sprawa pośród Spraw. Prawdopodobnie pod pojęciem miłości wyobrażamy sobie rozmaite formy szczęścia. A kiedy mówi się forma, to ma się na myśli jakiś kształt. Miłość zawsze ma jakiś kształt: może wyglądać jak pismo wariata, jak gładka porcelana, albo jak drut kolczasty... Mam tu cały czas na myśli historię miłości. Mam nadzieję, że masz za sobą jakąś historię miłości, jak ma się za sobą , na przykład wizytę na Wawelu? Ten list nie jest tak długi jak zamierzałem, bo interesuje mnie, czy nie odwiedzasz co jakiś czas Miasta Pierwszego? Oczywiście przelotnie, bo moglibyśmy, a nawet powinniśmy się S P O T K A Ć! A wtedy rozmawialibyśmy ciałem, to jest przekonalibyśmy się, na ile ono bierze udział w rozmowie? Co mają nam do powiedzenia nasze kości policzkowe, podbródki, golenie, żebra... Będę się upierał: do zobaczenia, O. M.
poniedziałek, 19 października 2009
![]() Fot.własna jeszcze nas odnajdzie księżyc kompan wyrzuconych poza sen w zmiętych prześcieradłach złoży jak łyżeczki grawerowane miłością z pokolenia na pokolenie
niedziela, 18 października 2009
![]() ![]() Fot.własna Jesienią uczę się wiary. Ta, jak co roku, spaceruje alejkami cmentarnymi i szepcze gdzieś w koronach klonów pochylających się nad miejscami, w których czas zatrzymał się w uśmiechu bliskich. Oni patrzą ze spokojem przynależnym ceramicznym fotografiom. Ćwiczeniom z pamięci ładnie w gasnących klonach... Sanktuarium na wyspie pilnuje pamięci aniołów, które jesienią potraciły głowy. Jan Nepomucen strzeże przeprawy przez groblę, patrzy na jezioro i łagodnie się uśmiecha, jakby nie pamiętał dnia, gdy zrzucono go do Wełtawy. Niedaleko nepomuka, z trapu statku, schodzi Jan Paweł II - wokół dłoni ma owinięty różaniec. Od jakiegoś czasu różaniec jest przymocowany na stałe - wcześniej wisiał swobodnie przewieszony przez nadgarstek. Kilkakrotnie trzeba było zamawiać nowy różaniec, bo wiara (a może niedowiara?), kazała pielgrzymom zabierać ze sobą fragment rzeźby. Lubię tę wyspę. Lubię to miejsce. Czasem tam uciekam, gdy chcę porozmawiać ze sobą... Powiadają, że dawno temu przy grobli można było zobaczyć porzucone bandaże, opaski, cudownie ozdrowiałych ludzi. Starsi ludzie mówią, że woda ze źródła, bijącego niedaleko sanktuarium, ma właściwości lecznicze. Zazdroszczę ludziom wiary... Ostatnio było głośno o Studzienicznej za sprawą Domu Pomocy Społecznej. Niedobra to sława. Moja Studzieniczna ma wzgórze porośnięte klonami. Ma też bezgłowych aniołów, które w błagalnym złożeniu rąk wydają się takie ludzkie. Warto tam zajrzeć. |